Ciśnienie nie jest ZEN

„Jeśli spotkasz Buddę, zabij go” - książka o takim tytule od wielu lat stoi na półce mojej biblioteki. W sumie nie ma w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że oboje z żoną jesteśmy psychologami, a ta książka uważana jest za klasykę w świecie psychoterapeutów. Ważniejszym jednak jest fakt, że nigdy tej książki nie czytałem, ba nawet jej nie przeglądałem. Ona od zawsze stała na półce i … bawiła mnie swoim przewrotnym tytułem. Dodatkowego smaku dodaje fakt, że moim serdecznym kolegą jest Jarek, o pseudonimie Budda. Ten dziwny zbieg okoliczności sprawił, że tytuł ten został dobrze przeze mnie zapamiętany i stał się silną inspiracją dla tego tekstu. Ale co najgorsze, tytuł okazał się złowieszczo proroczy.

 

Zacznijmy od początku.

 

Moja przygoda ze sportem trwa już jakieś 30 lat. Najpierw była sportowa szkoła podstawowa. Potem liceum, studia i AZS - aby nie trzeba było chodzić na zwykłe zajęcia z wf’u. Następnie prowadzenie klubu fitness i siłowni … i tak z długą przerwą w między czasie aż do dziś. Poza tym, jak część osób wie, jako psycholog prowadzę projekt psychologiasportu.pl - zajmujący się popularyzacją i rozwojem psychologii sportu w Polsce. Sam również pracuję z zawodnikami, rodzicami, trenerami prowadząc czasami konsultacje, ale głównie szkolenia z zakresu osiągania sukcesu w sporcie. Moim konikiem jest psychologia mistrzostwa - czyli ta drobna różnica pomiędzy byciem najlepszym, a bardzo dobrym. Wszystkim tym co odróżnia osoby osiągające wybitne wyniki od przeciętnych. Prowadzę badania nad rolą czynników osobowościowych (osobowość i temperament) w sukcesie w sporcie i biznesie. Z badań wysuwają się wnioski, że duża część sukcesu właśnie leży w głowie. W motywacji, w gotowości do poświęceń i nastawieniu na stały rozwój. 

 

Tym samym od dłuższego czasu przekładałem znane, popularne strategie osiągania sukcesu na swój trening triathlonowy. Popularne hasła „Krew, pot i łzy”, „No pain, no gain” i tym podobne sprawiały, że im bardziej nie lubiłem treningu tym bardziej zmuszałem się do jego wykonania. Im więcej pojawiało się trudności i przeciwieństw tym bardziej angażowałem się w trening … często wkurzając się, ale na koniec dnia z dumą patrząc w lustro, że jednak się udało. I tak trwało aż do połowy maja … w końcu coś we mnie pękło.

 

I nie pękło tak po prostu … zostało rozbite, rozwalone, zmiażdżone. A wszystko przez tego małego gnojka. Chodzące dziecko szczęścia. Jednego z najlepszych coachów rozwoju osobistego (mimo, że on pewnie tak o sobie nie myśli, mimo, że nie ma żadnych certyfikatów coacha, to dla mnie właśnie nim jest) jakich znam. Człowieka, który jednym zdaniem potrafi otworzyć Ci oczy na coś czego inni nawet nie chcą widzieć. O kim mówię? O Mateuszu Jasińskim. Z Mateuszem poznaliśmy się jakieś dwa lata temu. On był wtedy ekspertem adidas running odpowiadającym za porady dotyczące treningu. Ja w adidasie odpowiadam za doradztwo w zakresie motywacji, radzenia sobie ze stresem i szeroko rozumianego treningu mentalnego. Spotkaliśmy się kiedyś z Mateuszem na Expo Półmaratonu Warszawskiego, gdzie dzieliliśmy się swoją wiedzą ze startującymi zawodnikami. Pomiędzy konsultacjami dla zawodników rozmawialiśmy ze sobą… Ten kto zna Mateusza wie, że przy nim wyglądam jak „człowiek góra”. On mały, zbity i do tego szybki - jeden chodzący mięsień. Ja duży, nalany i do szybkości to mi daleko. I tak sobie staliśmy na targach przed ważną imprezą biegową, wyglądając jak Flip i Flap i dyskutowaliśmy o bieganiu, motywacji i takich tam. Mateusz rozwalił mnie dojrzałością zamkniętą w swoim „dziecięcym ciele”. Kilka miesięcy później poprosiłem Mateusza o rozpisanie treningów i zaczęliśmy razem trenować. Oczywiście skończyło się to jak zawsze, czyli tak jak moje trenowanie z każdym innym trenerem … Mateusz mnie wywalił … no dobra - powiedział, że nie ma sensu, aby on mi pisał treningów, których potem nie robię, ani abym umawiał się z nim na wspólne treningi, które odwołuję…. W sumie nie on pierwszy i nie ostatni. Ale co ja poradzę na to, że taką mam pracę. Że podsumowując plany treningowe w cyklu miesięcznym z reguły robię wszystko, tyle tylko, że często muszę poprzestawiać klocki i tam gdzie miałem robić rower robię bieganie, a tam gdzie miałem pływać robię siłę. I tak to mój kontakt z Mateuszem się urwał. Zostaliśmy oczywiście znajomymi na facebooku. Raz na jakiś czas lajkowaliśmy sobie posty. Ja obserwowałem jak Mateusz rozwija swoje kolejne projekty promujące bieganie, a on ... on skubany rozwijał siebie. 

W połowie maja umówiłem się z Mateuszem na spotkanie - miałem do niego biznes. Ponieważ i u niego i u mnie jest słabo z czasem umówiliśmy się na wspólny trening. Ja byłem akurat po debiucie na dystansie 1/2 IM na Majorce. Mateusz też wrócił z jakiegoś morderczego biegu ultra. Tacy przepełnieni endorfinami ruszyliśmy w bieg. Krótka rozmowa o tym co słychać, o tym co robimy, o sukcesach, porażkach, przemyśleniach, refleksjach na temat rozwoju biegania, triathlonu i sportu w Polsce. Biegniemy, rozmawiamy, ale coś mi nie pasuje. Niby rozmawiamy o "jakimś tam bieganiu", ale jednak rozmawiamy o sobie. I nagle zaczęło to do mnie dochodzić ... Mateusz zaczął rozbijać moje sportowe ja ... zaczął rozwalać sztuczną skorupkę, w której ukryte jest jądro mojej motywacji .... i robił to bezpretensjonalnie, na żywca. W tej chwili pomyślałem ... jest jak Budda ... a jeśli spotkasz go na swojej drodze, zabij go!!! ... jednak nie umiałem. Mateusz rozwalił cały zbudowany przeze mnie, akceptowalny społecznie, utkany z motywacyjnych haseł pancerz nawyków treningowych.

 

Oto co dzięki niemu odkryłem:

 

1) hobby nie może boleć, nie może doskwierać, nie może wymagać wyrzeczeń - hobby musi odprężać, dawać radość, relaksować - w swojej pracy zawodowej spotykam sportowców zawodowców, którzy non stop są w reżimie przygotowań. Pilnowanie masy ciała, bo każdy nieplanowany kilogram może albo wykluczyć Cię z zawodów (kategorie wagowe w sportach walki, czy moich ulubionych dżokejów), albo być zbędnym balastem, który będziesz niósł ze sobą przez kolejne kilometry (każdy kto czytał książkę "Waga Startowa", wie jak ważny jest balans między siłą mięśni, a ich wagą). Pilnowanie reżimu treningowego, bo każdy odpuszczony trening może spowodować, że na mecie zabraknie sekundy do pudła. I tak dalej i tak dalej. No dobra ... ale ja jestem amatorem. Amatorem przez duże "A". Dla mnie sport nie jest celem, ale drogą. Dla mnie sport jest relaksem. Czy relaks może boleć? Tak ... ale tylko fizycznie. Tak, to prawda - lubię czuć zakwasy po dobrym treningu. Lubię trenować w systemie "do odcięcia" i przekraczać kolejne granice fizycznych ograniczeń. Ale trening nie może zadawać psychicznego bólu. Odpuszczony trening z uwagi na ważniejsze sprawy nie może wywoływać wyrzutów sumienia. Tak!! Zabawa z dziećmi to ważniejsza sprawa. Kino z żoną to ważniejsza sprawa. Trening może być mega ciężki, ale nie może powodować, że przez niego tracę rzeczy ważniejsze. Jeśli po skończonym, treningu się nie uśmiechasz to znaczy, że coś jest nie tak! Od dziś zamieniam myślenie o udanym treningu i zamiast mierzyć poziom wysiłku będę mierzył poziom satysfakcji i radości. Endomondo to nie wszystko … niektórzy mówią, że długość ma znaczenie … ja twierdzę, że chodzi o poziom zadowolenia.

 

2) sukces osiągnięty łatwo też jest sukcesem - to mnie dopiero uderzyło!!! Ale tak jest. Dlaczego częściej słuchamy historie "od zera do milionera", niż o ludziach, którzy odziedziczyli fortunę i pomnożyli ją wielokrotnie. Dlaczego większym idolem jest mały sprytny koszykarz niż dwuipółmetrowy dryblas, który z lekkością i bez wysiłku wkłada piłkę do kosza. Bo co? Bo to, że ktoś ma talent to niesprawiedliwe? Bo jak ktoś urodził się z gigantyczną ilością hormonu wzrostu to ma na siłę starać się o sukces w balecie, a jak jest mikrusem to ma walczyć o przyjęcie do drużyny koszykówki? Bzdura!!! Talent jest po to, aby go rozwijać. Ciesz się sukcesami, które przychodzą naturalnie. Oczywiście - gdybym trenował więcej miałbym sukcesy większe. Ale łatwe medale, nawet jak są dawane wszystkim na mecie też mają prawo cieszyć. Postanawiam wymazać z pamięci słowa nauczycielek ze szkoły, które były największą obelgą "zdolny, ale leniwy". Od dziś będę celebrował każdy sukces i nie będę gadał "mogło być lepiej" ... mogło, ale nie było, więc po co się dobijać? 

 

3) ciśnienie nie jest ZEN - za dużo, za szybko, za mocno. Wygrać, prześcignąć zdążyć. Zbyt często myślimy o wyniku, o rezultatach niż o swoim rozwoju. Suma nałogów jest stała!!!! Co z tego, że ludzie chwalą się, że dzięki sportowi wyleczyli się z pracoholizmu, skoro tak naprawdę wpadli w sportoholizm. W proces, w którym zamiast budować, niszczą swoją tożsamość. Przyjmują na siebie cele innych ludzi. Z obłędem grają o nie swoje puchary. Skup się na sobie. Zacznij odczuwać i cieszyć się sportem. Lubisz się ścigać - ścigaj się. Lubisz się wygłupiać - wygłupiaj się ... ale nie narzucaj swojego stylu innym. Nie nakładaj na innych swojego ciśnienia. Nie będę więcej odpowiadał na pytania "jaki czas" ... bo dla mnie nie o czas, a o styl chodzi. Czy to znaczy, że nie chcę się poprawiać i być coraz szybszym? Jasne, że chcę! Oczywiście, że chcę widzieć progres i bić swój personal best. Ale czas na wygłupy na trasie też musi być :-) i będę tańczył w maratonach, gdy gra muzyka na trasie mimo, że spowalnia mnie to. Będę robił "pokaz kulturystyczny" w strefie zmian, mimo tego, że tracę sekundy - bo dla mnie śmiech to energia ... takim to błaznem się urodziłem. Czy inni mogą inaczej? Jasne - triathlon jest dla każdego, pod warunkiem, że każdy jest inny (sobą) w triathlonie. Była dawno temu taka reklama programu drugiego - „Nie ten na mecie pierwszy, kto szybszy, lecz ten, kto ciekawiej jedzie. Dwójkę, wróć bracie, dwójkę panie sąsiedzie”. I tego będę się trzymał, aby każdy start był dla mnie ciekawy, aby był pełen emocji, aby był dla mnie zapamiętany.

 

4) patrz w lustro, nie przez okno - często na szkoleniach powtarzam, że to co odróżnia okno od lustra to … odrobina cienko nałożonego srebra. Dlaczego jednak tak często oglądamy się na innych? Dlaczego skupiamy się na tym jakie inni zawodnicy mają rowery, jak mają „wytopioną łydę”, jak im poszło, jak wygrali, jak przegrali, jak jechali, jak płynęli. Ile inni mają czasu na treningi, dlaczego „oni mają lepiej”. Dlaczego jesteśmy jak te „baby w oknie” wylegujące cały dzień na poduszce, które żyją życiem sąsiadów, komentują je i wtrącają się w nie swoje sprawy. I co im najczęściej odpowiadamy „Pani się zajmie sobą”. I niestety muszę się przyznać - mam taką babę w sobie. Chętnie zazdroszczę innym ich wyników, lub „większych możliwości treningowych”. Tyle tylko, że to nic mi nie daje. Bo co z tego, że będę sobie wmawiał, że on tak dobrze pływa, bo może rano chodzić na basen przed pracą … a ja nie mogę, bo muszę zawieźć dzieci do przedszkola i na basen się nie wyrobię. Każdy ma swoje życie i swoje w nim ograniczenia. A dlaczego gapię się przez to okno? Bo boję się spojrzeć w lustro. Wolę mówić „on to ma łatwo, bo nie ma dzieci może więcej trenować”, niż uczciwie przyjrzeć się sobie i powiedzieć sobie: przewaliłeś Wojtku godzinę na pierdoły, na siedzenie na facebooku, na snucie się z kąta w kąt - w tym czasie mogłeś zrobić trening. Od dziś więcej uwagi sobie - jeszcze więcej patrzenia w lustro. Od dziś skoncentruję się na tym, jak wykorzystać swoje zasoby, zamiast poszukiwać u innych, czego nam brakuje. To trochę jak z dorosłymi i dziećmi. Gdy posadzimy w jednym pokoju grupę dzieci, a w drugim grupę dorosłych. Obydwu grupom damy taki sam zestaw klocków i poprosimy, aby zbudowali z tych klocków samochód, to … po 10 minutach dzieci będą miały zbudowany samochód. Dorośli zaś będą mieli przygotowaną listę klocków, których im brakuje do zbudowania auta. Mam to co mam i tego nie zmienię. To co mogę zrobić to lepiej wykorzystywać swój potencjał i swoje codzienne zasoby … od czasu zaczynając. I zamiast komentować działania innych warto zająć się sobą.
 

Podsumowując … krew pot i łzy są dla innych. Ja się boję krwi, nie lubię potu, a płakać mogę ale tylko ze wzruszenia. Nie jestem masochistą. Mimo wiary nie jestem ortodoksyjnym katolikiem wierzącym, że każdy musi krzyż swój nieść i jedyną drogą do nieba jest cierpienie.

 

Ja uwielbiam wyzwania - mogą być trudne, ale mnie inspirują. Nowości, eksperymenty, przekraczanie granic  - to mój sposób na ustalanie celów. 

 

Zamiast zwykłego potu radość. Ja muszę mieć fun.  

 

I na koniec zero łez cierpienia. Ani na treningu, ani na zawodach. Sport ma mnie uskrzydlać, a nie ściągać w dół. Tym samym zamieniamy krew pot i łzy na wyzwanie, radość, sukces - to są moje wartości w sporcie … czyli moim hobby.


psychologiasportu-logo-1

 

 

Wyszukiwarka

Facebook

Polecam

huubbanner
Jeśli zaczynasz przygodę z triathlonem, czy pływaniem w wodach otwartych i zastanawiasz się nad wyborem sprzętu to porzuć wyszukiwarki internetowe lub  czytanie forów. Po prostu skontaktuj się z zespołem HUUB Polska. Bo Maciek i Spółka to nie tylko genilany sprzęt bardzo dobrej marki, ale przede wszystkim prawdziwe doradztwo i długofalowa pomoc.
Znajdziesz ich tutaj:
https://www.facebook.com/HuubPolska