Projekt Majorka - 24 tygodnie do startu

listopad - 24 - niedzielaNiedziela

 

Ten dzień zaczął się inaczej niż każda inna niedziela. Normalnie w niedzielę wstaję rano, aby o 6.00 wskoczyć do basenu i zrobić trening pływacki. Jednak nie tym razem - nie było mnie w domu przez cały miniony tydzień, a w poniedziałek znów wyjeżdżam. A to oznacza, że moja kochana żona przez cały tydzień sama zajmowała się dziećmi i tak samo będzie przez kolejny tydzień. W takiej sytuacji trzeba dać żonie się wyspać. Gdybym poszedł pływać, nasze dwa urwisy obudziłyby się i tak około 6.30, a to oznaczałoby dla Ani również pobudkę. 

 

Dlatego ...wstaję o 5.30 - dokładnie tak samo jakbym miał iść na basen z tym, że zamiast na basen idę do garażu. Tam 15 minut kręcenia na trenażerze, aby się trochę rozgrzać, a potem ... zabieram swoje ulubione Kettle i do dzieła.

Kettlebel- Swing - 10 serii po 14 powtórzeń - ciężar - 28 kg.

- Pressy - 10 serii po 7 powtórzeń - ciężar 2 x 12 kg

- Front Squat - 10 serii po 7 powtórzeń - ciężar 24 kg 2 x 12 kg


Muszę przyznać, że trochę przegiąłem - w sensie pozytywnym - ale to jest mój nowy cel treningowy - przynajmniej raz w tygodniu mieć zakwasy. Kto zgadnie co mi najbardziej dało się we znaki w tych ćwiczeniach? 

Były to  pressy - ramiona wysiadły i bolą - a boli znaczy rośnie. Jest dobrze.

 

W trakcie treningu zeszli do mnie Filip z Maksem :-) robię im mleko, włączam bajkę - to przyciąga ich uwagę - udaje mi się dokończyć trening. Na koniec treningu podchodzi do mnie Maks (to mój młodszy syn - ma 2,5 roku) i mówi "tata razem" - a to oznacza wspólny trening. Kładę się na plecach, podnoszę Maksa i robię nim wyciskania :-) - to najcudowniejszy ciężar na świecie i do tego chichra się podczas ćwiczenia :-) 

 

O 8.00 schodzi Ania :-) ... Niestety nie spędzimy razem dnia, Ania ma dyżur w pracy - tak to jest jak się pracuje w hotelarstwie - ktoś musi czasem być MOD’em (Manager On Duty). 

 

Gdy Ania jedzie do pracy idziemy z chłopakami do pokoju Filipa. Bawimy się. Około 11.00 przebieram się, Bieganiezakładam strój biegowy, buty. Ubieram chłopców, wsadzam ich do wózka (joggera). Dostają do picia sok, do ręki iPada z nowymi bajkami. Ruszamy na trening. Pogoda jest ładna, nawet miejscami przebija się słońce. Niestety to tylko złudzenie - w połowie treningu zaczyna padać deszcz - robi się obrzydliwie - dobrze, że wózek ma pokrowiec przeciwdeszczowy. Szybkim tempem wracam do domu. Zaliczone 11 kilometrów.

 

Wracamy do domu - Maks jeszcze śpi, więc przekładam go z wózka na kanapę - niech sobie dośpi. Filip kończy oglądać bajkę. Biorę szybki prysznic. Maks się budzi i idziemy się bawić. W międzyczasie jemy obiad. Ja makaron razowy z tuńczykiem, dzieci naleśniki. Wraca Ania. 

 

Wieczorem udaje mi się w miarę szybko uśpić dzieci. Jest 21.30 Przebieram się. Zakładam spodenki z „pieluchą”, buty i ... wsiadam na rower - to dziwne, ale dzięki mocno zróżnicowanym treningom zaczynam lubić trenażer - czas nakręcić 60 minut roweru.

Kręcę mocny trening: 
Rower+Kolarz

- 15 minut rozgrzewka. 

- 6 x 5 minut (3 minuty mocno - z dużym obciążeniem / 2 lekko - z małym obciążeniem) - staram się utrzymać kadencję 90 ... Co nie jest łatwe, ale się udaje ... Umieram.

- 15 minut swobodnego kręcenia

 

Idę się wykąpać. Po kąpieli pakuję walizkę - jutro jadę do Ostravy.

 



listopad - 25 poniedziałekPoniedziałek - dziś jadę do Ostravy, więc raczej wieczorem treningu nie zrobię.

Tym samym budzę się o 5.15, rozgrzewam się i wyciągam Kettle. Trening z rana jak śmietana. Robię swoje, czyli:
Kettlebel

- Swing - 10 serii po 14 powtórzeń - ciężar - 28 kg.

- Pressy - 10 serii po 7 powtórzeń - ciężar 2 x 12 kg

- Front Squat - 10 serii po 7 powtórzeń - ciężar 24 kg (2x12 kg)


Po niedzielnym treningu ręce ledwo żyją.

 

Kończę, robię synom mleko, idę się wykąpać. Ubieram się i biegnę do sklepu po rzeczy na śniadanie. Robię Ani bułki do pracy, sobie ciemną bułkę z szynką, zjadam do tego całego pomidora i całą paprykę. Powinienem jeszcze dorzucić kiełki, ale nie mam. Po śniadaniu łyżeczka siemienia lnianego, do tego łyk oleju z lnu - dietetyczka mówi, że zdrowe i ma dużo omega-3 to piję. Zawożę dzieci do przedszkola, pędem wracam do domu. Po drodze zamawiam taksówkę. W domu zostawiam auto, wsiadam w taksówkę i jadę do Klienta - po drodze powtarzam sobie prezentację - to finałowa prezentacja dużego projektu - muszę go wygrać. Spotkanie u klienta zaczyna się o 10.00 miały być 4 osoby, a przyszedł prawie cały management team - chyba Klientowi zależy :) 

Prezentacja udana, dużo dyskusji. Kończymy o 15.00. Pod firmą Klienta czeka już na mnie Marcin, kolega, z którym jedziemy na szkolenie do Ostravy. Ruszamy - czas płynie szybko. Odpisuję po drodze na zaległe maile - mam 200 nieodczytanych maili ... Wiem, że dużo, ale nie wyrabiam.

 

Dojeżdżamy do Czech - uświadamiam sobie, że ja uwielbiam smażony ser oraz gulasz z knedlami. Piszę sms’a do Kasi (dietetyczki) z zapytaniem, czy mogę - w sumie to nie chodzi mi o zgodę, a o usprawiedliwienie :-) 

Ku mojej radości Kasia „pozwala mi” też na piwo :-). 

Okazuje się, że w hotelu, w którym śpimy nie mają tak przyziemnych dań jak smażony ser lub knedle. Zamawiamy z kolegą po kaczce i piwie. Piw wypijamy więcej. Umawiamy się na poranne bieganie (na szczęście Marcin też biega) i idziemy do pokoi. Ja jeszcze otwieram komputer i przeglądam otrzymane maile. Nie jest łatwo prowadzić firmę będąc non stop w rozjazdach.



 

listopad - 26 wtorekWtorek.

Pobudka o 6.45 szybkie mycie, zjadam mus jabłkowy Hortex, wypijam sok z
Bieganiebrzozy. Schodzę na recepcję hotelu. Jestem umówiony z Marcinem na bieganie o 7.00. Marcin już jest. Wychodzimy - na chodnikach leży śnieg - to pierwszy śnieg tej zimy. Biegniemy po ulicach Ostravy - perłą architektury to miasto nie jest. Przebiegamy około 6 km w jedną stronę. Zawracamy. Całą drogę Marcin narzuca tempo - jest skubany szybki (jak się okazuje kiedyś uprawiał dziesięciobój i tak mu zostało). W drodze powrotnej wbiegamy do parku, aby zrobić szybkie rytmy. Wybieramy ścieżkę - prostą, długą na około 100 - 120 metrów. Plan prosty - w jedną stronę szybko - tak na 90%, powrót lekkim truchtem. Proponuję 6 powtórzeń. 6 to moja ulubiona liczba treningowa - po 2 powtórzeniach masz za sobą jedną trzecią. Po trzech już połowa, a to oznacza, że z górki. Inne cyfry się tak motywująco nie dzielą.

Po ostatnim sprincie ledwo żyję. Było mocno. Wracamy truchtem do hotelu - 12 km zaliczone.

 

Potem jedziemy na szkolenie. 8 godzin w ławce - ja tak nie umiem. Ale jakoś udaje mi się wytrzymać. Wracamy do Warszawy - droga dobra i szybka. O 22.00 jestem w domu. Idę spać.




 

listopad - 27 środaŚroda.


Zaspałem. Budzę się o 6.00. Nie mam siły na poranny trening - odpuszczam. 

Szybko się myje, ubieram. Budzę synów, ubieram ich, daję im mleko. Przepakowuję walizkę, bo muszę lecieć do Tallina. Jestem spóźniony - na śniadanie nie ma czasu.

Wsadzam w pośpiechu chłopaków do samochodu i zawożę do przedszkola. Potem szybko do domu, zostawiam auto, wsiadam w taksówkę i do pracy - mam dzień biurowy - czyli spotkanie z ludźmi w firmie - jest końcówka miesiąca - czas podsumować i omówić miesiąc i uzgodnić plany na kolejny. Spotkanie w pracy wciąga mnie, ale jestem marudny - nie jadłem śniadania, a nie lubię być głodny. Na szczęście mam przy sobie pestki dyni i słonecznika - zjadam dwie garście - to zagłusza głód. Około 13 robimy przerwę - idziemy na chińczyka - wiem, że to syf, ale ja uwielbiam kurczaka z trawą cytrynową u chińczyka na Nowym Świecie. Wracamy do biura. Kończymy omówienie spraw bieżących. Zabiramy się za podsumowanie przygotowań do imprezy dla Klientów, którą planujemy na 06 grudnia - nie udaje mi się zostać do końca podsumowania, ale wiem, że z najważniejsze sprawy są pod kontrolą - muszę uciekać.

Zamawiam taksówkę - lecę do Tallina. Z przesiadką w Kopenhadze w Tallinie jestem o 23 czasu lokalnego (jest godzina przesunięcia - w Polsce to 22.00). 

 

Jestem podekscytowany - mieszkam w hotelu, przy którym jest … BASEN OLIMPIJSKI. Tak - pełne 50 m na piętrze, na którym mieszkam … tylko 30 metrów od drzwi mojego pokoju … powiem szczerze - jakość hotelu nie powala, ale świadomość tego, że jest basen spowodowała, że mając możliwość rezerwacji w dowolnym innym hotelu wybrałem ten :-). Planuję rano przed szkoleniem zrobić trening pływacki. 

 

Kładę się spać.

 

listopad - 28 czwartekCzwartek


Jest 03 w nocy … a ja nie zmrużyłem oka :-( Niezwykle rzadko mi się to zdarza, ale spać nie mogę … Coś mi się stało podczas lądowania - mam mocno zawalone zatoki i różnica ciśnień podczas lądowania spowodowała, że „ciśnienie zostało w uszach” - katar powoduje, że nie mogę odetkać uszu. Ból kosmiczny. Wstaję, ubieram się schodzę na recepcję z pytaniem, czy mają może paracetamol … niestety zaspana recepcjonista mówi, że nie ma :-(. Nadziej umiera ostatnia. Wracam do pokoju. Zakładam czapkę - ciepło przynosi ulgę. Zasypiam … nie wiem, o której.

 

Budzę się o 7.45 - z porannego treningu nici. Szybko biorę prysznic, lecę na śniadanie wskakuję do taksówki i pędem na szkolenie. 

 

Lubię pracę poza Polską. Mimo tego, że jestem patriotą, to niestety praca szkoleniowo-doradcza z Polakami jest trudna - my wiemy wszystko najlepiej. Pracując w takich krajach jak Litwa, Łotwa, czy Estonia (w których prowadzę dużo szkoleń i projektów doradczych) widzę wielką otwartość na inne rozwiązania, chęć uczenia się i gotowość do „kwestionowania rzeczywistości”. W Polsce z tym jest trudniej. Tym samym szkolenie mija mi szybko. 

 

Kończę o 17.00 - wracam do hotelu. Po drodze kupuję trzy banany - będę miał na trening. O 18.00 jestem umówiony na telekonferencję z Klientem - w takich momentach się zastanawiam po co ja tyle pracuję. Ale trudno - to bardzo ważny dla mnie partner w biznesie i sprawa do omówienia ważna - mamy pomóc rozwinąć nowy biznes - mam słabość do projektów, w których celem jest rzeczywisty rozwój biznesu, a nie tylko „odbębnienie szkoleń”. Konferencja się przedłuża - o 18.30 nie wytrzymuję i zaczynam skracać i ucinać „zbędne” dyskusje. Podsumowujemy, uzgadniamy dalsze kroki. 18.50 - jestem wolny.

Szybko się przebieram. Wskakuję w kąpielówki. Zakładam szlafrok. Okularki do pływania. Zjadam banana. Idę na zasłużony trening.

 

Pływanie na 50 basenie ma inny wymiar. I wiem, że dla większości moich kolegów, którzy trenują w Warsaw Masters Team, którzy większość treningów realizują na Warszawiance lub na Inflanciej to 50 m to norma. Dla mnie to wyjątek. Do tego basen jest przygotowany do skoków do wody, więc po jednej stronie ma głębokość 5 metrów - to też robi wrażenie jak płyniesz nad „basenową otchłanią” :-)

Robię rozpisany wcześniej trening
Pływanieczyli:

- 500 m rozgrzewka - swobodnie kraul,

- 4 x 50 m - same nogi - ręce bez deski z przodu (kurcze - dopiero w takiej sytuacji doceniam tę pływającą piankę) (200 m)

- 100 m luźno 

- 4 x 100 m - mocno (na około 80 - 90%) - przerwa 30 sekund, (400 m)

- 100 m luźno

- 4 x 100 m - kraul głowa nad wodą - przerwa 60 sek, (400 m)

- 100 m luźno

- 4 x 100 - 50m kraul - pełen ogień 95% - 50 m klasyczny z długim wyleżeniem (400 m)

- 500 m luźno,

 

razem: 2700 m - umieram.

 

DietaWychodzę z wody. Ubieram się. Idę coś zjeść - mam ochotę na sałatę - w karcie tylko jakieś z serami, grzankami i innymi wynalazkami. Zamawiam więc własną kompozycję - sałata, ogórek, pomidor, oliwki i oliwa z oliwek. Do tego ciemne pieczywo - w Estonii mają pyszny ciemny chleb z ziarnami - mega.

 

Idę do pokoju … otwieram komputer. Muszę napisać ofertę. Około 24.00 zasypiam.

 



listopad - 29 piątekPiątek
 

Budzę się bez poczucia winy, że nie idę rano na trening. Po prostu wstaję, myję się, idę na śniadanie, wymeldowuję się z hotelu, wsiadam do taksówki i jadę dokończyć szkolenie.

 

Bardzo fajna grupa dodaje energii. W przerwie lunch - zupa warzywna i makaron z pieczarkami. Nie jest to najlepsze co mogłem zjeść, ale lepsze to niż sałatka z majonezem … która była alternatywą.

 

Szkolenie kończę o 16.00. Samolot mam o 20.30. Ta piękna przerwa powoduje u mnie naturalny odruch. Wsiadam do taksówki i o 16.25 jestem już na basenie - tym samym przy którym mieszkałem. Kupuję bilet wejściowy i robię kolejny dobry trening:

Pływanie

- 500 m rozgrzewka - swobodnie kraul,

- 500 m ćwiczenia oddechowe - 3 - 5 - 3 - 5

- 6 x 100 m - mocno (na około 80 - 90%) - przerwa 30 sekund, (600 m)

- 100 m luźno

- 400 m kraul zmienne ręce (6 x prawa ręka / 6 x lewa x 6 razy na zmianę)

- 500 m luźno,

 

razem: 2600 m

 

Ten trening był dla mnie jednym z najgorszych w życiu. Obok mnie na torze miały trening dzieci. A właściwie młodzież - takie szczyle około 14 lat - bo już pierwsze mięśnie było widać. I co? Jak się w połowie basenu  patrzyłem na nich nabierając oddech widziałem, że jeden z nich startuje i odbija się od ściany, a za dwa swoje oddechy widziałem jak kończy po drugiej stronie. Kurcze jak te gnojki dziś zapierdzielają. Mega, mega, mega. Wyszedłem sfrustrowany, bo już mi się wydawało, że pływam coraz szybciej … oni pokazali mi, że nadal jest bardzo słabo :D No cóż … poczułem się trochę jak stary duży Fiat, który spędził ostatnie tygodnie na ostrym tuningu. I już mi się wydawało, że jak na swoje możliwości to całkiem nieźle latam. Dopóki nie spotkałem na treningu młodych ze stajni Ferrari :-) to co mnie ratuje to świadomość, że do triathlonu trafia bardzo mało osób z przeszłością zawodniczą pływacką :-) więc może jeszcze długo takich zawodników w wodzie nie spotkam.

 

Po wyjściu z wody zaszedłem na dwa seanse po 12 minut do sauny. Potem szybki prysznic, taksówka i na lotnisko.

 

Na szczęście miałem ze sobą dwa banany - w sam raz aby je przyjąć po treningu, bo na lotnisku już nie miałem czasu zjeść.

 

Szybkie odprawienie się, lecę tylko z kabinówką, więc nie musiałem nadawać bagażu. Wracam przez Rygę. To szybsze połączenie niż przez Kopenhagę. 

 

Samolot ląduje o 23.00 w Polsce. Wracam do domu … idę spać.

 

 

listopad - 30 sobotaSobota


Budzik dzwoni o 6.00. Nie - nie idę na basen tak jak zwykle w weekend. W tygodniu wystarczająco dużo napływałem. Schodzę na dół. Idę do garażu. Biorę Kettle. Już dawno nie robiłem z nimi treningu. 

Najpierw solidna rozgrzewka. A potem trening:Kettlebel

 

- Swing - 10 serii po 14 powtórzeń - ciężar - 28 kg.

- Pressy - 10 serii po 7 powtórzeń - ciężar 2 x 12 kg

- Front Squat - 10 serii po 7 powtórzeń - ciężar 24 kg 2 x 12 kg

 

Na koniec przyniosłem sobie pierwszy raz mojego grubasa - 32 kg.

I pierwszy raz zrobiłem nim Swinnigi - poszło 12 powtórzeń. A potem Squat z nim - 5 powtórzeń - więcej nie dałem rady.

 

Jest moc.

 

Tradycyjnie już w międzyczasie przyszli chłopcy krzycząc „tata, tata przyjechał” - to najmilsze powitanie. Zrobiłem im mleko, włączyłem bajkę.

 

Około 8.30 wstała Ania - cieszę się, że może się czasem wyspać. Znów zajmowała się dziećmi sama przez weekend. Jemy śniadanie. Dla mnie tradycyjnie już jedna bułka ciemna, z szynką i całym pomidorem. 

 

O 11.00 wychodzimy - musimy pojechać z Filipem do dentysty. Udaje się ogarnąć zęby. A skoro już jesteśmy w Centrum Handlowym to robimy szybkie zakupy - buty dzieciom na zimę, jakieś ubrania. 

 

Wracamy do doku około 16.00. Po drodze chłopaki zasypiają w aucie - nie jest dobrze - to za wcześnie, aby już ich kłaść spać na noc, a za późno aby normalnie poszli spać wieczorem - jak nic będą siedzieć do nocy.

W domu dajemy im trochę pospać, ale w końcu około 16.30 ich wybudzam - nie jest to łatwe :D

 

Po pobudce czas na zabawę - jestem krokodylem na zmianę z rekinem - a Filip z Maksem są znanymi łowcami. W takich momentach cieszę się, że trenuję - trzeba mieć niezłą kondycję, aby wytrzymać na podłodze dwie godziny bycia obiektem łowów :)

 

O 20.00 włączmy bajkę - Auta 2. Oglądamy ja wspólnie. Około 21.30 chłopaki zasypiają. Jestem zuchem. Odnoszę ich do łóżek i idę się przebrać. Rower+KolarzZakładam gacie z pieluchą. Idę do garażu. Nalewam wodę do bidonu, włączam muzykę i zaczynam trening na trenażerze. Kręcę bez pomysłu na trening. Po prostu kręcę najpierw 15 minut na średnim obciążeniu na rozgrzewkę. A potem bez żadnego wzoru, czy algorytmu zmieniam obciążenia - raz jadę minutę na największym obciążeniu, a raz minutę luzem. Potem kilka minut na średnim i znów albo luźno, albo lekko. Jest tylko jedna zasada - pod ma się lać na masa i … kadencję trzymam pomiędzy 85 a 95. Jak na mocnym przełożeniu już odpadam i nie nie daję rady utrzymać kadencji - zmniejszam opór. 
 

Po 60 minutach kończę trening - nogi płoną. Rano będzie ból. Idę się wykąpać i kładę się spać.

 

 

Podsumowaniem tego tygodnia jest nie tylko wielka satysfakcja, że pomimo szaleńczych przelotów, ciągłej delegacji udało mi się utrzymać rygor treningowy. Większą radością jest widok wagi. 

 

Waga

W sobotę, 30 listopada wszedłem na wagę - w końcu to ostatni dzień miesiąca. Jest sukces - waga pokazało 90 kg. Idę w dobrym kierunku wagi startowej.

 

Wyszukiwarka

Facebook

Polecam

huubbanner
Jeśli zaczynasz przygodę z triathlonem, czy pływaniem w wodach otwartych i zastanawiasz się nad wyborem sprzętu to porzuć wyszukiwarki internetowe lub  czytanie forów. Po prostu skontaktuj się z zespołem HUUB Polska. Bo Maciek i Spółka to nie tylko genilany sprzęt bardzo dobrej marki, ale przede wszystkim prawdziwe doradztwo i długofalowa pomoc.
Znajdziesz ich tutaj:
https://www.facebook.com/HuubPolska